2010-02-08 21:14:49
Dziś na moim blogu kolejny gość, który ma coś do powiedzenia. Czy się z nim zgodzicie, sami sprawdźcie.
Mazurek
Zacznę od tego, że poruszam temat, którego być może nie powinienem poruszać. Nie robię jednak tego nikomu na złość, ani tym bardziej by kogoś urazić. Moim celem jest tylko przybliżenie „wątku” wiary; kilku jego aspektów z życia codziennego. Sama wiara nie jest problemem. Problemy są dwa. Pierwszy z nich tkwi w tym, że ludzie w zasadzie nie rozmawiają o wierze. A jeśli już rozmawiają, to przeważnie kończy się to klttniami. Drugi to problem w jaki sposób kościół o tym mówi. Dzisiejsi ludzie skupiają się tylko na prostych regółkach, których nauczyli się w dzieciństwie i na tym, że w niedzielę należy chodzić do kościola. To jest dzisiejszy wyznacznik wiary. Dopasowany do dzisiejszego stylu życia.
Zastanówmy się, co słyszymy co niedzielę z ambony. Tydzień w tydzień, miesiąc w miesiąc i rok w rok to samo. Ale czy to dobrze? Nie ma bowiem co ukrywać. Świat się zmienił. Ludzie się zmienili. A katolicyzm w Polsce pozostał nie zmieniony od czasów Mieszka I. Duchowni popełnili błąd przyjmując postawę obrońców, strażników wiary, zamiast (jak nakazuje pismo) jej wysłanników i naszych przewodników. Żądają od nas dowodów miłości do Boga, a sami często zapominają, że to oni w pierwszej kolejności powinni być Jej przykładem.
Ludzie dość mają schematów życia. A religia taką się stała. Powtarzane w kościołach formułki z pisma nudzą, bo ludzie ich nie rozumieją. Czemu nie rozumieją? Bo ich nie analizują. A czemu? Bo im się po prostu nie chcę. I tu również nie można ich tak do końca winić za to. Świat poszedł do przodu. Ludzie się do niego dostosowali. Sposób w jaki naucza się o wioerze, też powinien się nieco zmienić. Wygląda jednak na to, że kosciół jest innego zdania. Księża powinni postarać się o to by dotrzeć do człowieka i porwać swymi słowami, tak jak robili to apostołowie dwa tysiące lat temu. Wiem, że to nie łatwe zadanie. Dawniej bowiem, ludzi łatwo było przekonać; że słońce jest bogiem. Ludzie wierzyli w to czego nie rozumieli. Dziś wiele wątpliwości rozwiała nauka, a człowieka trudno jest oszukać. Ale nie na oszustwie polega religia, ale na wierze, którą duchowni powinni w nas starać się zaszczepić już od małego. Zamiast więc, cytować dzieciom w szkole fragmenty biblii, powinni ją tłumaczyć na ich język, tak jak to robił Jan Paweł II. On potrafił dotrzeć zarówno do młodych jak i tych starszych. Umiał rozmawiać z ludźmi. Posługiwał się językiem wiary, ale takim, który był dla wszystkich zrozumiały. Odwoływał się do sytuacji z życia codziennego.
Wracjąc do zaszczepiania w nas wiary, na myśl nasuwa mi się system przyjmowania sakramentów świętych. Wiadomo, że nikt z nas nie lubi być do niczego zmuszany. Niestety wychodzi na to, że jesteśmy. Samo przyjęcie chrztu budzi wiele kontrowersji. Nie lubimy bowiem jak ktoś decyduje za nas. Ale pomińmy tą kwestię i idźmy dalej. Komunię musimy przyjąć, by móc w pełni uczestniczyć we mszy świętej. Więc po co chodzić do kościoła wcześniej jeśli mamy być tylko słuchaczami? Jeśli nie przyjmiemy komunii, nici z bierzmowania, które ma za zadanie pogłębić naszą wiarę. I tego akurat nie rozumiem; bo jak odprawienie jednej mszy ma pogłębić naszą wiarę. W dodatku mszy jak każda inna. No ale jeśli tego nie uczynimy, nie ma mowy o sakramencie zaślubin. A jak tu żyć w katolickim kraju bez ślubu kościelnego? Dyskryminacja w oczach bliskich, i kochanej babuni w berecie, która za nic w świecie nam tego nie daruje. I na spadek wówczas nie ma co liczyć.
Naprawdę ubolewam nad tym jak widzę, księży cieszących się na widok ośmiolatków w białych szatach, zmierzających do ołtarza ze złożonymi rączkami i z pieśnią na ustach. Bo ileż z nich idzie tam naprawdę z czystym sercem i ochotą, pełni wiary i nadziei? Nadzieje to oni mają, ale na to co ich czeka po powrocie do domu.
Przyznaję, trochę się rozpędziłem. Chodziło mi jednak oto, że za sprawą powinności religijnych jakie musimy wykonywać, nasza wiara staję się sztuczna i płytka. Poddajemy się schematom życia sakralnego, zatracając się w istocie wiary. Tu przykłady można by mnożyć, ale dajmy sobie z tym spokój. Wiara to stan umysłu, w którym człowiek się znajduje w chwili silnych doznać duchowych. W dawnych czasach ludzie wierzyli w siły nadprzyrodzone, tłumacząc zjawiska niewytłumaczalne istnieniem Boga. I chociaż dziś inaczej może Go pojmujemy, ale to ten sam Bóg, do którego wznosimy ręce, kiedy jesteśmy w potrzebie. I On nam pomaga, chociaż tu znów wiele osób nie do końca zdaje sobie z tego sprawę, w jaki sposób. Bo nie jest ważne czy wyznajemy Islam, Buddyzm czy Chrześcijaństwo. Nie jest ważne w jakiego Boga wierzymy i jak Go nazwiemy, ale ważne jest tylko to czy wierzymy i jak głęboko wierzymy.
Nie prawdą jest że ludzie dziś nie potrzebują wiary. Potrzebują jej bardziej niż kiedykolwiek. Ale nie takiej jaka jest serwowana nam przez Stolicę Apostolską. Brakuje dziś przywódców duchowych, którzy wzięli by na swoje barki ten ciężar i poprowadzili nas w te „Nowe Tysiąclecie”. Ona już trwa, ale Kościół je przegapił.
"L"
skomentuj (6)
Tagi: wiara,
kościół,
stereotypy,
problem,
nowoczesne spoleczeństwo